czwartek, 1 sierpnia 2013

Szarmancki Leon Oralista, mleczny brat candowego luda

Candowy ludek powstawał równolegle z jego bratem, Szarmanckim Leonem Oralistą, prezentem imieninowym dla mojej psiapsióły. Dlaczego Szarmancki Leon Oralista? No, bo jakoś tak nam się przypomniały psiapsiółowe bredzenia przy ognisku na temat faceta idealnego................
Wiedzieliśmy, że Leon będzie się podobał, a  jego frywolny przydomek zostanie zaakceptowany i faktycznie tak było. Niezwłocznie został uwieszony w zaszczytnym miejscu nad  komodą, wcześniej ucałowany w deskową paszczę i druciany jęzorek.
Ze względu na to, że psiapsióła nie posiada żadnej stodoły ani ganka, ani innych ruchomości na wolnym powietrzu, gdzie Leon mógłby wywalać na ludzi swój lubieżny jęzor, jego gabaryty są nieco mniejsze niż pozostałych, ot takie, żeby mógł zawisnąć gdziekolwiek w mieszkaniu.


Głowa Leona jest bardzo stara, bo pochodzi z lipy przewróconej przez burzę, której pisałam tu.  Materiału jeszcze troszkę zostało, może jeszcze przyda się na części ciała dla innych "ludów"?


 Zdjęcia jakieś mi kiepskie wyszły, w naturze panowie się prezentują lepiej.


A moje CANDY trwa, przypomnę, do 15 sierpnia i cały czas można się zapisywać, imiona dla luda wymyślać, a jak ktoś ma ochotę to można mu nawet życiorys stworzyć:)))

Zapraszam do wzięcia udziału:)))


A ja mam ochotę na kolejne ludy, pomysły mi się legną w głowie, jak króliki, tylko, że mogę je robić tylko w Kaczorówce, a tam dopiero w piątek mogę się udać..........
Chcialabym zrobić:
- cycatą blondynę
- grubaśne dzieciątko
- jakiegoś gruźlika
- anorektyczną panienkę
- babuleńkę zgiętą we dwoje
i jeszcze inne mniej chrakterystyczne postaci.........

Buziaczki dla wszystkich, a nowych obserwatorów serdecznie witam, podczytywaczom macham łapką, a może zostawicie słówko?




poniedziałek, 29 lipca 2013

Tak, jak obiecałam.....CANDY

Nie ma żadnej szczególnej okazji, ale tak, jak Wam obiecałam tutaj ogłaszam CANDY. Taki jest blogowy zwyczaj, a ja w ten sposób chciałam Wam podziękować, że zaglądacie do mnie czytacie, opiniujecie, chwalicie. Bez Was nie byłoby sensu tego bloga pisać. Spędziłam tu z Wami wiele przyjemnych chwil, czasem uśmiałam się do łez, o co nawet w realu jest ostatnio trudno. Czytam też z przyjemnością Wasze blogi i cały czas się uczę, uczę, uczę, bo macie świetne pomysły, cudne wspomnienia i trafne spostrzeżenia. Z niektórymi nawiązała się nić wyjątkowej sympatii i nie poprzestajemy na blogowych kontatktach, na razie piszemy do siebie maile, ale z pewnością spotkamy się jeszcze w realu.

Ostatnio spodobały się Wam moje "ludy", więc nie bacząc na żar lejący się z nieba, rozłożyłam mój kaczorówkowy warsztat i zrobiłam z myślą o CANDY "luda". On nie ma jeszcze imienia, bo pomyślałam, że pomożecie mi je wybrać.....

Jakie będą zasady candy?

Ano standardowe:

  1. Wpis pod postem, wyrażający chęć wzięcia udziału w candy.
  2. Propozycja imienia dla "luda" - potem z nadesłanych propozycji wybierzemy jakieś metodą głosowania:)).
  3. Jeśli chcecie w komentarzu możecie wpisać, gdzie taki "lud" w razie wygranej u Was zamieszka.......
  4. Posiadających bloga poproszę o wstawienie banerka u siebie na blogu i podlinkowanie.
  5. Można też podlinkować na FB, jak ktoś ma.
  6. Osoby bez bloga wystarczy, jak spełnią puknty 1 i 2, ewentualnie 3 (proszę podać maila)
  7. Będzie miło, jak dołączycie do moich obserwatorów
Czas zgłoszeń do 15 sierpnia do 24:00. Ogłoszenie wyników najpóźniej 19 sierpnia do 24:00. Specjalnie robię taki zapas czasowy w ogłoszeniu wyników,bo w tym czasie będę w Kaczorówce, a tam wiadomo, może nie być prądu, albo wystapi jakaś inna przeszkoda. 
Losowanie odbędzie się jakąś dziwaczną metodą Kaczorówkową, wymyślę ją jeszcze....

To jest zdjęcie na banerek:

"Lud" wykonany jest z drewna sosnowego, postarzonego, innowacyjną metodą (prób i błędów) przypiekania w ognisku, dłogotrwale szczotkowany szczotkami stalowymi, miedzianymi i ryżowymi, nos i uszy wybielone pastą wybielającą. elementy metalowe to skarby znalezione na złomowisku. Całość zabezpieczona olejem do drewna i woskowana. Ładnie pachnie lasem (to przez te woski). Tworzeniu towarzyszyły dysputy nad pokrętnością zaintersowań. Okazuje się, że w każdym wieku można rozwijać swoje zaiteresowania i nabywać nowych umiejętności. Jestem tego żywym przykładem.  Jeszcze miesiąc temu nie potrafilam uruchomić wyrzynarki, szlifierki o wiertarce nie wspomnę. Wkrętarka "uciekała" mi z rąk. Dziś uruchamiam wszystkie urządzenia bez problemu i "zasuwam", aż jęk idzie po lesie. Do nagrody głównej dorzucę cukierasy i jakąś małą niespodziankę również własnoręcznie wykonaną.

A jak powstały "ludy" możecie poczytać TU, TU, TU, TU, TU i kto nie czytał może się jeszcze przy okazji pośmiać, bo moje Drogie Koleżanki Blogowe okrasiły ich życie barwną opowieścią....( podziekowania raz jeszcze)

A tak wygląda candowy ludek w kaczorówkowej scenerii


I zbliżenie na facjatę......


To zostało mi tylko zaprosić do zabawy:

  ZAPRASZAM SERDECZNIE:))

Czy to ptak? Czy to samolot? Nie to..........

Czy to ptak? Czy to samolot?



Nie to jest..........a kuku, to wcale nie jest superman, choć, prawie,prawie.

W zasadzie to była lipa, drzewo takie. Duże, no miała pewnie ze sto lat, a może nawet więcej... Rosła sobie w spokoju przy drodze nad jezioro, ale 5 lat temu przyszła burza, okropna, pustoszyła okoliczne lasy, łamała drzewa, jak zapałki i zrywała dachy z dmomów. Zmogła i struszkę lipę.




Ta zległa nieboże w poprzek drogi i tak sobie leżala czas jakiś, a że droga nad jeziora czasem jednak potrzebna to nowa droga została wydeptana i wyjeżdzona wokół tej biednej, leżącej lipy szybciutko.


Ale kto pozwoli aby się tyla opału zmarnowało? Powolutku ludzie pokroili lipię na kawałki i zabrali na opał, przez jakiś czas służyła jako rekwizyt do pozowanych zdjęć, sama mam na niej z kilkadziesiąt.



A potem zostały same nieudaczne kawałki, pokręcone z guzami wewnątrz,bo lipa w środku była pusta i miała guzowate narośla. Miała też w środku kilka wiader wspaniałego humusu, który dźwigałam wiaderkami do Kaczorówki.
Wracając kiedyś z lasu  przytachaliśmy do domu taki upośledzony, dziurawy kawałek. Leżał tak sobie w Kaczorówce i czekał.........
W zeszłym roku Wu zaczął czyścić, z nudów, bo lało, ten pokręcony i pozawijany kawałek lipy kombinując, co z tego można zrobić. Kombinował, kombinował, aż wykombinował.

Stolik, umownie nazwany " do kawy". Rano pijemy przy nim kawkę, po południu herbatkę, a wieczorem o zachodzie słonka winko.
I proszę mi nie mówić, że dziurawy. To, co się ma na nim zmieścić spokojnie się mieści, ba nawet więcej. Są bowiem w stoliku miejsca -schowki na dodatkowe piwko ( a nawet dwa) lub gazetę.....


Na specjalnym złomowym uchwycie można powiesić ściereczkę, ale głównie służy do przenoszenia stoliczka z miejsca w miejsce.....


Nogi owo cudo ma trzy, każda inna, słoniowe nieco, ale cały ten stolik mi się ze słoniem kojarzy, ciężki przynajmniej jest mniej więcej tak samo........


Kolorystyka została uzyskana metodą prób i błędów, począwszy od wypalania w ognisku, poprzez olejowanie, potem wybielanie, a potem smarowanie jeszcze jakimś szuwaksem, ale słowo ostatnie się jeszcze nie rzekło, ponoć ma być jeszcze woskowany i polerowany......


Grunt, że głowny ekspert go obwąchał dokładnie, a potem położył się w jego skąpym cieniu, bo skwar był dziś niemiłosierny. Czy go "skropił" swoim zwyczajem, bo robi to z każdą nowo napotkaną rzecza, nie wiem, nie widziałam, ale obawiam się, że niestety tak. Grunt, że wyżej nie poleciało niż na słoniowe nogi, bo ekspert to konus, jakich mało......


A z tej strony wygląda, jak? No właśnie, jak?


Dziwacznie? Nietypowo?

P.S.
A teraz zmykam spać, huta jutro czeka, ale jeszcze muszę na drugi boczek przewrócić serek typu korycińskiego, bo właśnie przywiozłam mleczko i wyrabiam po nocy serek.......


środa, 24 lipca 2013

Pić piwo

Jak lubicie pić piwo? Prosto z butelki, puszki, może wysokiej szklaneczki, czy z kufla?
Ja za piwem nie przepadam, ot taki jeden łyk porządnie schłodzonego w duży upał smakuje wybornie, ale wyturlanie już całej butelki powoduje u mnie zanik funkcji ruchowych. Robię się senna, ciężka i zaplanowana robota idzie w kąt, a ja na hamak, odbujać piwne procenty.

Oczywiście nie posiadam kompletu szklaneczek, ani kufli, tylko, jeśli ktoś nie lubi z puszki czy butelki, leję piwko do jakichś soczkowych szklaneczek czy też ocalałych z wybicia szklanek do piwa. Zawsze się martwię o Wu, bo lubi pracować w Kaczorówce z piwkiem, żeby mu do puszki czy butelki nie wpadła osa albo pszczoła. Połknięcie takiej jeszcze żyjącej może się skończyć, wiecie jak. Do dziś pamiętam wypadek Ewy Sałackiej. Śledzę więc Wu podczas roboty i przytykam talerzykami albo folią aluminiową piwne otworki, żeby tej pszczoły czy osy nie połknął. Sama zanim łyknę z puszki zawsze nią majtam nasłuchując, czy coś nie bzyczy. Ot taki fioł, jeden z wielu. Jak wiecie lubię wpadać do SH. Na Mazurach, w mojej gminie, jest taki jeden. Wyjątkowy. Szczerze powiedziawszy na pierwszy rzut oka obraz nędzy i ropaczy. Na dodatek otwarty według uznania właściciela. Nikt tam chyba od wieków nie sprzatał, wszystko leży, wisi gdzie popadnie, bez ładu i składu pokryte zdrową wartstwą kurzu. Za to, jak już jest otwarty, atmosfera jest  tam przemiła, sprzedawca kapitalny, a asortyment zaczepisty. Można tam kupić kreacje rodem z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, mekka dla facynatów tych czasów. Jakieś meble z holenderskich wystawek, ale też piękne kredensy i szafy. Fotele, krzesła, maszyny do pisania, maszyny do szycia, w tym wiekowe singerki, no i zastawa. Głównie badziewiarska, ale czasem się coś zdarzy fajnego. W ten sposób nabyłam tam pojedyncze filiżanki do kawy, dzbanek na miętę i ostatnio piękne talerze. Dwa z angielskiej porcelany i osiem (płytkie i deserowe) bodaj z Malezji. Ciężkie, wielkie, takie jak chciałam. Nie zrobiłam im niestety zdjęć, ale nadrobię. Można też nabyć u milego pana jaja kurze, wiejskie, co również uczyniłam. Łażąc tak po SH i przeglądając zastawę, wśród dzisiątek, bibelotów natknęłam się na to:

i na to:


Kufle do piwa. W rzeczywistości są dużo ładniejsze. I to jest to!!!  Są duże, solidne, dobrze wykonane.  Nie wiem dlaczego kojarzą mi się z imć Panem Zagłobą, szczególnie ten przezroczysty.Od razu nabyłam oba, a że zabrałam jeszcze gliniany dzbanek i dzbanek do mięty dostałam rabat, bo tam oczywiście można się targować. I tak lubię. Wydałam parę groszy a nabytki ładne prawda?
Teraz Wu do pracy ogrodowo-altanowej nie chodzi już z puszką, ale z paradnym kuflem. Przydzieliłam mu ten szklany, sobie zostawiłam niebieski. Osy, pszczoły i inni latający wielbiciecie zupy chmielowej nie mają już do niej dostępu. Z takiego kufla z wieczkiem trzeba jednak umieć pić, najlepiej tak żeby wieczko po otwarciu było na policzku, wtedy jest jeszcze jedna korzyść. Zasłania mianowicie profil, więc jeśli się komuś swój profil lewy czy prawy nie podoba to może go sobie pijąc piwko wieczkiem przystłaniać.

P.S.
Uzmysłowiłam sobie, że choć tego bloga już troszkę prowadzę,nie robiłam jeszcze nigdy CANDY. To zapowiadam, że będzie. Wkrótce. Takie bez okazji, dla Was, za to, że zaglądacie, piszecie, jesteście..............

niedziela, 21 lipca 2013

Sklepowa Janina vel Nina


Witam w realu, co oznacza dla mnie koniec urlopu. Koniec, urlop był i "se ne vrati", w tym roku oczywiście. Nie tracę jednak optymizmu, jeszcze trochę lata zostało i parę weekendów, w tym ten dłuższy w sierpniu.
Odpoczełam, nawet się opaliłam choć pogoda była "taka se", pogościłam, pokajakowałam, porowerowałam, "ludy" porobiłam i wyspałam.  Pomniejszych czynności nie wspomnę, a było ich bez liku, np. karmienie koni, łapanie koni, karmienie ptaków i bezpańskiego pieska, ktory nagle zniknął, buszowanie po złomowisku i odwiedzanie jednej z mrągowskich cukierni w celu nabycia "słodkich skurwysynów", pożeranie sandacza i diabelsko ostrej pizzy nie darmo zwanej Diabolo w Mazurskiej Chacie również w Mrągowie. Tam też podkarmiałam kota, bo tam zwykle jakiś czeka na dobry kąsek, rybkę zjadł, pizzy nie chciał. Wybredny, nie?

No i już ostatnim rzutem na taśmę "wyprodukowałam" Janinę vel Ninę postać z napisanej przez moje koleżanki blogowe opowieści o poplątanych losach Eustachego, Czarnego Zenona, Eulali, z przymróżeniem oka oczywiście. Dziewczyny, Hana, Pacjanie-Owieczko, Miko ( i reszta) dziękuję Wam raz jeszcze. Mam nadzieję, że też bawiłyście się dobrze. Ja zarykiwałam się ze śmiechu podczytując tu i ówdzie, bo nie miałam stałego łącza i uczestniczyć w pisaniu nie mogłam na bieżąco. Drzemie w Was dziewczyny wielki potencjał, który koniecznie trzeba jeszcze wykorzystać:)))

Janina po przemianie na Ninę ( w opowieści jest wszytsko dokładnie opisane, jak to się stało) wygląda właśnie tak. Zdjęcie jest kiepskie, bo słonko mi już zachodziło i tak latałm po polu, żeby ją złapać w jakąś plamę słoneczną.




A to już cała obsada, tzn. bez Emila, którego dziewczyny wymyśliły zbyt późno i listonosza Władka Szybkiego, bo nie straczyło mi mocy przerobowych.





Wszystkie osoby z "Domu na bagniskiem" znalazły sobie już miejsce. Eustachy zamieszka w " czerwonym październiku", czyli miastowym przedpokoju, Eulalka, zawisła nad jednym kaczorówkowym łóżkiem, Janinka nad drugim, Zenon zawiśnie nad trzecim. Wołoducha pilnuje wejścia na górkę. Można się przestraszyć, kiedy u szczytu schodków nagle wyłania się taki stwór:)))


A jeśli ktoś chce zobaczyć/poczytać to tutaj:  Eustachy, Czarny Zenon, Żona Zenona